Melt! Festival 2013 - Relacja Muno.pl

relacja
27 Sier 2013 13:26

Tagi: melt

 
Melt! Festival 2013 - Relacja Muno.pl

Melt to jeden z naszych ulubionych europejskich festiwali. I choć minęło już trochę czasu od tegorocznej edycji, nie mogliśmy nie podzielić się z Wami naszymi wrażeniami.

Połowa lipca to jedna z tych chwil, na którą wyczekuję przez cały rok. Melt! traktuję wyjątkowo, to tutaj doświadczyłem tego, co w elektronice najlepsze - mój osobisty Mount Everest pod wieloma względami. Zdaję sobie sprawę, że wiele innych wydarzeń oferuje podobnie bogaty repertuar muzyczny.

Znajdzie się także kilka festiwali, które pochwalić się mogą równie imponująca lokalizacją. Wiele z nich zapełnionych jest także świadomą, hedonistyczna publiką. W kategorii atmosfera przekonany jestem jednak o wyjątkowości wibracji unoszącej się nad Melt - to właśnie o niej, jako o jednej z najlepszych, z jaką mieli styczność wypowiadają się występujący tu artyści, w większości odwiedzający wszystkie zakątki świata każdego weekendu.

Niemcy, Holendrzy de luxe, bez Polaków ale za to z Jagerem


Wypad na żaden inny festiwal nie zaczyna się tak dobrze – pobudka o ósmej rano, śniadanie, obowiązkowy zakup największego Jagera w Aldi pod Berlinem i w porze obiadowej smażymy już kiełbaski na polu namiotowym Melt. Niecałe cztery godziny dzielą mnie od najważniejszego letniego festiwalu w Niemczech, prawdopodobnie w Europie, a może i na świecie!

Na miejscu dziwi praktycznie zerowy procent udziału polskiej publiczności – cena karnetu podobna przecież do tej na Open’erze w Gdyni, tylko, że w zamian otrzymujemy krótką podróż do jednego z najbardziej oryginalnych miejsc na świecie w duecie z muzyczną ekstraligą.

Bramy do festiwalowego raju otwierają się w przeddzień oficjalnego openingu – warto być na miejscu już w czwartek z kilku względów. Na miejscu trudno oprzeć się wrażeniu, że dla większości uczestników Melt to najważniejsze wydarzenie w ciągu roku.


Przyjechanie w czwartkowy wieczór wiąże się ze średnią, albo jeszcze gorszą miejscówką na campie – a festiwal zaczyna się przecież dzień później. W wyjałowionym przez cywilizacje terenie, z wodą, drzewami i koparkami dookoła buduje się na kilka dni wielokulturowe, muzyczne miasto. Niemiecka społeczność rzecz jasna przeważa, choć ciężko nie zauważyć ogromnego procentu holendrów, którzy na każdym kroku dają o sobie znać specyficznym tańcem, charakterystycznym akcentem, zapachem weedu i Awakeningsowymi Ray-Banami.

Większość wyposażona w wersję de luxe, z basenami, własnym sprzętem i rzeszą najróżniejszych, pomocnych gadżetów. Ludziom wyjątkowo zależy tu na egzystencjonalnej jakości i możliwie najlepszym komforcie – wszystko po to, by muzyka smakowała jeszcze lepiej. A za jej pierwszą konsumpcje można zabierać się właśnie w czwartek – za piątaka grali m.in. Crystal Fighters i Kid Simius.

Lato jakiego nie przeżył nikt!


Przez ostatnie dwie edycje Melt! mocno psioczyłem na niesprzyjające warunki atmosferyczne modląc się, by w końcu zasmakować pełni słońca w słomianym kapeluszu, schładzając się w otaczającym jeziorze. No i doigrałem się – takich upałów podobno tam jeszcze nie widziano, na miejscu dosłownie toczyła się wojna o cień. W namiocie nie było szans wytrzymać dłużej niż 15 minut, ludzie szukali schronienia w każdym możliwym nienasłonecznionym miejscu, pod Toi Toiami włącznie. Mały survival nikogo jeszcze nie zabił, nie ma co narzekać, na Ibizę w końcu nie przyleciałem.

Teren, na jakim odbywa się Melt to jedna z tych rzeczy, o których nie dowiemy się do końca dopóki nie zobaczy się ich na własne oczy. Opuszczona kopalnia odkrywkowa w akompaniamencie z niesamowitą, nieskażoną naturą dookoła, nie pozostawiła żadnych wątpliwości – to najmagiczniejsze miejsce na ziemi, do ostatniej chwili na całym terenie ciężko było przyzwyczaić wzrok do tego, co nas otacza. Prawdziwe atrakcje czekały jednak na nas dopiero po zachodzie słońca – kiedy obiekt się rozświetlał, neony i ognie dawały się we znaki każdy z uczestników czuł, że bierze udział w bezprecedensowym wydarzeniu w skali świata.

W piątek obudziliśmy się przy leniwie dochodzących dźwiękach wytwórni Kompakt, których wyznawcami była rozłożona obok ekipa z Australii. Okazało się, że są obecnie na dwumiesięcznym tournee po najlepszych festiwalach na świecie - mieli o czym opowiadać. Śniadaniowym killerem w punkcie gastronomicznym każdego roku jest zestaw z jajecznicą i świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym – tutaj warto odczekać swoje w kolejce.

Klubowi wyjadacze z całego świata


Nie mam wątpliwości, organizacyjnie Melt! bije wszystko, co widziałem do tej pory. Nie ma tu może skoków na bungee i lotów helikopterem nad terenem festiwalowym – nie są one też tutaj nikomu potrzebne. Kilkadziesiąt tysięcy osób skoncentrowanych jest na występach swoich ulubionych artystów, brak tutaj wykrętasów poszukujących innych rozrywek. O uczestnikach można by zresztą napisać osobną relację, ograniczmy się do tego, że ciężko wyobrazić sobie lepszą.

W jednym miejscu spotkać możemy Berghainowych wyjadaczy, frankfurcką rzeszę fanów deep-house’u rodem z Robert Johnson, electro freaków czy koneserów najlepszych koncertowych, elektroniczno-rockowych zespołów na świecie. Każdy przyjaźnie nastawiony, wszyscy chętni do rozmowy i wspólnej celebracji, nie ma mowy o jakiejkolwiek agresji.


Największe stężenie indywidualistów na metr kwadratowy jaki widziałem, pomimo muzycznej odrębności wszyscy tworzyli festiwalowy monolit.  Przeciętność tutaj nie istnieje, każdy jest z jakiegoś konkretnego powodu, co daje się odczuć zwłaszcza na dancefloorze. Piosenki są przez wszystkich śpiewane, breakdowny znane na pamięć, szlagierowe tracki witane aplauzem. Imprezowa świadomość na najwyższym poziomie.

Mnogość wartościowych artystów na Melt mogłaby spokojnie zostać rozdzielona na kilka festiwali – dylematy były wyjątkowo bolesne a time-table wcale nie ułatwiał sprawy. Oliver Koletzki, bożyszcze berlińskiego środowiska przywitał nas słonecznym, zabawowym, momentami melancholijnym setem.

Zarówno Joy Orbison jak i Scuba dość odważnie żonglując między dubstepem, techno a housem wypadli dość kontrowersyjnie – w tym szaleństwie nie odnalazłem metody. Bicep na dobre rozkręcił piątkową noc, muzyka zyskała tu na przestrzeni, na głębi i mimo olbrzymiego napięcia bijącego z każdego kolejnego utworu także na przebojowości i taneczności.

Techno w krwioobiegu...


Kończące piątkowy festiwal, ostatnie trio dj’skie to najpoważniejsze muzyczne powody, dla których pojawiłem się na Melt!. Zabójczy, agresywny, bezkompromisowy Function pozamiatał wszystkimi na Big Wheel Stage. Marcel Dettmann od zawsze kojarzony był przeze mnie z niedoścignionym, produkcyjnym wzorem muzyki techno – jego kompozycje to w większości dzieła wybitne, nieco inne zdanie miałem do tej pory w stosunku do jego występów na żywo.

Podczas kilkukrotnych spotkań z Marcelem nie udało mu się jeszcze mnie porwać, aż do teraz. Najlepszy występ całego festiwalu, mój faworyt wśród usłyszanych tegorocznych techno setów. Obsesyjne szelesty i objawy paranoi, napawające trwogą, paraliżujące tło – techniczny, przerażający majstersztyk w wykonaniu Dettmanna. Ciężko o lepsze zakończenie pierwszego dnia bez udziału Bena Klocka – Berghainowe, betonowe, seksowne bity w wykonaniu Bena to wbrew pozorom przystępna i chwytliwa muzyka, która szybko zachodzi za skórę i przedostaje się prosto do krwiobiegu. Kończący track od Reload „Peschi” to obezwładnienie całym tłumem – tak kończą mistrzowie.

Czarodziejski Koze, niebanalny Holden...


Cała sobota to regeneracja w pierwszej kolejności na plaży, w jeziorze, z obowiązkową wizytą w amerykańskiej burgerowni. Wystartowaliśmy od fantastycznej rozpiętości gatunkowej Henning Beara – główne skrzypce grały tu przede wszystkim stylowe techno bangery, podane w iście mistrzowski sposób zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Młody gniewny Alex. Do pochodzący z coraz prężniej działającej berlińskiej wytwórni Dystopian to kontynuacja tego, co zaczął Henning – usłyszeliśmy sprawny mix dynamicznej, głębokiej, wywołującej niepokój muzyki.

DJ Koze zaczarował subtelną, deep-housową wibracją podaną w wytrawnym stylu – bez wątpienia jedna z najważniejszych postaci na scenie, obcowanie z tym panem to czysta przyjemność. Inteligencki, niebanalny James Holden w swoim stylu zafundował nam muzyczną podróż po najrozmaitszych obszarach muzyki elektronicznej - najbardziej wymagający i zapadający w pamięć set sobotniej nocy.


Zaproszeni goście przez Modeselektor na swoją własną, autonomiczną scenę Melt! Selektor to od kilku lat najciekawsi artyści pojawiający się na festiwalu. Wyróżnić trzeba przede wszystkim live-set projektu Karenn – skrajnie uproszczona formuła i krystaliczny, betonowy klimat sprzyjający ich występowi spotkał się z dzikim ravem wśród publiczności – ciężkie ciśnienie nie wszystkim się spodobało – ja piałem z zachwytu.

Solomun, jeden z najdroższych obecnie dj’ów odpowiedzialny był za closing sobotniej odsłony – ciepły, pozytywny, lecz nie wesołkowaty vibe udzielił się każdemu, takie występy tworzą tam historie.

Prywatna Utopia - Sleepless Floor


Osobny akapit należy się mojemu ulubionemu miejscu na świecie, prywatnej utopii, najbardziej pojechanemu zgromadzeniu nielubiących spać ludzi – scenie o wszystko mówiącej nazwie Sleepless Floor. Dla jednych wymarzona afterownia po całonocnych zmaganiach na festiwalu, dla innych główny cel, dla którego przybyli na Melt.

Miejsce absolutnie szalone, przypominające opuszczone śmietnisko, z abstrakcyjną papierową scenografią i najdziwniejszą (pozytywnie) publiką, jaką dotąd widziałem. Narkotyczna, pokojowa atmosfera i coś wyjątkowego w powietrzu w fuzji z muzyką Bpitch Control i Get Physical to najlepsze, co spotkało mnie podczas festiwalu.

Czynna 24h aż do poniedziałkowego południa hedonia w najczystszej postaci to twór, który mógł wymyśleć tylko geniusz. Specjalnie usytuowana poza terenem festiwalowym, charakteryzująca się jednym z najtłustszych basów, jakie miałem okazję poczuć to przede wszystkim ponad 50-godzinna kopalnia deepowych skarbów.

Nie zobaczymy tutaj rozkapryszonych, przepłacanych dj’ów  - skompletowany skład to artyści z prawdziwego zdarzenia, głównie pochodzący z Berlina. Warto zaznajomić się z line-upem – spora część nie jest w ogóle zainteresowana kupnem karnetu, spędzając trzy dni wyłącznie na darmowym Sleepless Floorze.

Ciężko znaleźć mi faworytów, nie mogę jednak pominąć dwóch momentów, które na zawsze zostaną mi w pamięci. Pierwsza z nich wcale nie odbyła się w epicentrum zamieszania – niedzielne popołudnie spędziliśmy po drugiej stronie jeziora, regenerując się w cieniu po sobotnich trudach.

Doskonałe brzmienie było słychać nawet tam, w oddali niemogąca przestać tańczyć, chodząca masa ludzi, otaczająca nieskażona woda, krystaliczne powietrze i to uczucie, że lepiej być po prostu nie może. Akurat wchodziły pierwsze takty „A Thousand Nights” Treshera - na nowo odkryłem definicje piękna chwili.

Poniedziałkowy finisz na Sleeplessie ma coś w sobie z cyrku, walki gladiatorów i czeskiego filmu. Nikogo nie obchodzi, że trzeba się zaraz pakować i wracać do domu, mało kto przejmuje się tym, że nie spał i nie mył się przez ostatnią dobę. Liczy się tu i teraz. Kończące festiwal wybuchowe, genialne, skoczne sety od Anji Schneider i Moniki Kruse były wisienką całego Melt – tego szaleństwa w tamtym momencie nie da się w żaden sposób opisać.

Melt - ucieczka od rzeczywistości


Melt Festival tworzy wokół siebie specyficzną społeczność, własne środowisko, tutaj chodzi głównie o pewna formę ekspresji i ucieczkę od rzeczywistości. Zupełnie nie dziwi mnie coroczny sold-out, drugiego takiego festiwalu po prostu nie ma. Odkryłem na nowo swoją tożsamość muzyczną, nic wcześniej nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Kalendarzyk przyszłorocznych festiwali zaczynam od Melt Festival – Wam też polecam ;)

text: Paweł Chałupa

 


Zobacz również

Korzystanie z witryny muno.pl oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Więcej informacji można znaleźć w Polityce cookies.