Melt! Festival 2015 - RELACJA Muno.pl

relacja
04 Wrze 2015 13:13

Tagi: melt

 
Melt! Festival 2015 - RELACJA Muno.pl

"Może za kilkanaście lat dalszej techno-turystyki uda mi się wskazać najlepszy festiwal w Europie. Póki co wiem, że najlepiej czuje się na Melt!" - stwierdza w relacji z Melt! Festival, Paweł Chałupa, redaktor Muno.pl.

Może za kilkanaście lat dalszej techno-turystyki uda mi się wskazać najlepszy festiwal w Europie. Póki co wiem, że najlepiej czuje się na Melt!. Najlepszą rekomendacją niech będzie to, że do Ferropolis wybieram się już od pięciu lat. Letni kalendarzyk zaczynam właśnie od flagowego, niemieckiego festiwalu z muzyką elektroniczną. Ktoś, kto śledzi nasze relacje w tym okresie na pewno spotkał się z tą z Melt. Mam wrażenie, że te 5 lat to jedna wielka przygoda, która kolejne karty zapisze znowu za rok. Postaram się jednak przypomnieć sytuacje, które miały miejsce od czwartku do poniedziałku, w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie odwiedziłem w życiu.


Czwartek

Nie zaczęło się najlepiej. Doświadczony meltowicz doskonale wie, że przybycie w czwartek przed południem to konieczność, aby w umiarkowanych warunkach móc smakować muzyki przez kolejne 5 dni. Zebraliśmy się punktualnie, namioty spakowane, dj Tennis z Sonaru nagrany – można ruszać. Po wyjechaniu na autostradę adrenalina spadła drastycznie. 4 godzinny korek nie wróżył najlepszej miejscówce na campingu. Zaczęła się kalkulacja – skoro każda minuta to jakieś 20 namiotów…

Po przyjeździe szybki odbiór akredytacji i walka o kawałek trawy na ziemi. Nie wyszło jak planowaliśmy, ale źle nie było. Strasznie smutno było nam ludzi szukających bez nadziei dobrego miejsca dzień później. Towarzystwo dookoła mieszane – starsi ludzie obok dali nadzieje, że może być choć troszkę spokojniej. Holendrzy pomogli z pompką, którą po nas pożyczyła chyba połowa campusu, w sąsiedztwie pojawili się także podejrzani południowcy. Wystarczyło przypomnieć sobie Liebinga w składzie, aby wiedzieć, że przybędzie przecież Italia z flagami.

Antresola rozbita, krzesełka rozstawione, grill się smaży, ktoś kręci jointa, inny analizuje time-table – festiwalowy raj w pigułce. Od czterech edycji czwartek jest dniem mojego falstartu – ciężko poskromić emocje, zwłaszcza, że na campusie startuje tego dnia wieczorem oficjalny before. Tysiące kolorowych ludzi z całego świata chcących wyłącznie dobrze się bawić przy najlepszej muzyce – to nie sprzyja pójściu wcześnie spać.

Piątek

Powietrze o świcie jest wyjątkowe – umiejscowienie między lasem a jeziorem to chyba najlepsza opcja na campus ever. Leniwy poranek spędziliśmy na konsumpcji wczorajszych bułek i analitycznym rozkładzie działań w czasie – nikt tego nie powiedział, ale każdy zdawał sobie sprawę, że cały misterny plan w większej części i tak weźmie szlag przy okazji otwarcia pierwszego Jagera. To, co wyróżnia Melt! na tle innych festiwali to właśnie boskie, czyste, ciepłe jezioro – fun i regeneracja na 100%, dobrze tu się odpoczywa przed nocnymi podbojami.


@knowlege.power

Mała kontemplacja na materacu z widokiem na opuszczoną kopalnie odkrywkową i wizją, że za moment ruszy tam jeden z najlepszych festiwali na świecie to ten moment, w którym uświadamiam sobie, że jestem w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Opadające słońce i wybuchy ekstazy na campingu niczym wojenny alarm zapowiadały wielki festiwalowy opening.

Meltowe piątki należą do moich ulubionych dni – najcięższa techno artyleria gra właśnie tego dnia, całkiem przemyślana sprawa, żeby największy łomot spuścić nam pierwszego dnia. Zaczęliśmy od brytyjskiego ulubieńca berlińskiej publiczności - Scuby – przywitanie nocy przy jego mocarnych, technicznych wkrętach przy nieposkromionej radości publiki na Big Wheel Stage zapowiadało najlepsze. Moja miłość do The XX zmusiła mnie do wyskoku na scenę zasilaną ziomami z duetu Modeselektor, którzy są władcami na tym feście – na tzw. Melt! Selektor rozmarzyć miał Jamie XX, niczym mnie jednak nie porwał no i zrozumiałem przy okazji, że natury nie oszukam – resztę nocy spędziłem z techno. Dasha Rush jednych oczarowała, drugich zniesmaczyła – eksperymentalny live dla zaawansowanych słuchaczy.

Marcel Dettmann nie schodzi poniżej swojego mistrzowskiego poziomu – umiejętnie wprowadził trwogę i mrok do tego wesołego, kolorowego światka. Rudy z Dystopian ma prawdopodobnie w riderze wymóg dotyczący czerwonego światła na jego secie (to samo na Audioriver tydzień później) – Rødhåd rozniósł w kolorze krwi nasze głowy, ofiar nie odnotowano. Maestro z Frankfurtu, król mojego techno życia Chris Liebing po raz pierwszy na Melt! zdemolował towarzystwo, uśmiechając się bezczelnie przez cały set, rzecz jasna. Po czymś takim reszta nie miała już sensu, choć za deckami instalował się już uroczy grubasek z Drumcode, Alan Fitzpatrick – mnie osobiście taka opcja closingu takiego festiwalu lekko zniesmaczyła, tym samym udałem się „spać’” na camping.



Sobota

Opcja spędzenia dnia na Sleepless Floor strasznie kusiła, pięć lat temu praktycznie z niej nie schodziłem, ale z wiekiem człowiek zaczyna umiejętniej rozkładać siły w czasie. Skończyło się na prysznicu (w kabinach wieloosobowych, bez kolejek, na golaska bez żadnej krępacji – ciekawe za ile lat w Polsce pojawi się takie rozwiązanie) i wesołej wegetacji na campingu. W międzyczasie nad Ferropolis przeszedł huragan z gradem wielkości piłeczek golfowych – w powietrzu latały lżejsze rzeczy a nas konkretnie zalewało. W ciągu 5 minut campus został wywrócony do góry nogami, nic jednak nie było w stanie zepsuć nam festiwalowych humorów. Stwierdziliśmy, że nie możemy być zwyrodniałymi techno-klockami i spędzić całego festiwalu na Big Wheel Stage.

Wystartowaliśmy od dwóch przepięknych występów na Main Stage. Giorgio Moroder, który mógłby być moim pradziadkiem zaaplikował mi epicki zastrzyk radości – usłyszane i wyśpiewane ile pary w gardle “Never ending stoooooryyy” okazał się highlitem festiwalu! Australijska królowa pop Kylie Minogue, której pojawienie się w line-upie przyjąłem z lekkim chichotem skradła moje serce – monumentalne, kolorowe, wybuchowe show z kończącym “ I should be so lucky” ponownie uaktywniło moje wokalne, wątpliwe walory – tak, w tym momencie byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Historyczne, premierowe pojawienie się Svena Vätha na Melt! było moim marzeniem odkąd pierwszy raz się tam pojawiłem. Trzygodzinny set, absolutnie ogarniętego papy (to rzadkość na letnich festiwalach) z selekcją, jakiej jeszcze nie znałem – oddaliśmy się królowi bez wyjątku, magia miejsca i tej postaci unosiła się w powietrzu, wszyscy to czuliśmy. King of vinyl, king of life! Rozmarzeni usiedliśmy jeszcze na Main Stage, gdzie wschód słońca swoją muzyką witał Marek Hemmann – klasa w najczystszej postaci.


Niedziela

Powrót na “chatę”, mała ogarka, łyk ciepłego piwa i gryz chleba tostowego z pomidorem. Pora wracać na Sleepless Floor. Moja osobista utopia. Najlepsze miejsce, w jakim byłem w życiu. Otwarte, inspirujące, magiczne. Wibracje nie do porównania z niczym innym. Definicja miłości do muzyki i szacunku do drugiego człowieka. Jeśli ktoś jeszcze nie przekonał się do muzyki house, tutaj odkryje do niej miłość. Uzależni się i będzie chciał wracać każdego roku. Zupełnie odklejony od idei sceny był tutaj Pete Tong ale poradził sobie znakomicie – właściwie to bez większej różnicy czy gościu jest headlinerem na największych festiwalach świata czy zna go tylko kilkaset osób z Berlina. Jeśli rusza twoim sercem i ciałem, jest tu mile widziany. Dj Tennis, który słynie z emocjonalnych historii w swoich setach zaczarował jak wprawiony magik– między czasie pojawiła się wielka ulewa, ale kto w takich momentach ma problem z tym, że moknie. Poruszający live Kattenkarusel i można było spełnionym wrócić z tego pięknego miejsca. Poturbowani odpuściliśmy powrót na niedzielną odsłonę festiwalu – ciężko przyszło pogodzić się z nieobecnością na closing secie Niny Kraviz, ale ciało przestało współpracować.



Poniedziałek

Pierwsze, poważne kilka godzin snu pomogło w ostatnich chwilach przetańczonych na Melt!. Spóźniliśmy się na set Steve Rachmada, ale panowie z Kuriose Naturale perfekcyjnie zamknęli festiwal – ostatnie kilkadziesiąt osób na Sleepless oddało im się bez końca, ten poranek mógł się z nimi nigdy nie kończyć… bajka się skończyła.

Wielkie gwiazdy obok berlińskich vinylowych wyjadaczy. Spektakularne sceny na festiwalu z intymnym klimatem na Sleepless Floor. Wyznawcy techno, house, indie i electro na jednym polu. Wszystko idealnie się tutaj ze sobą miesza – to dzięki temu Melt! to moje ulubione wydarzenie w ciągu roku. Rzeczy, których doświadczyłem na Melt!, zdarzenia które widziałem, ludzie których poznałem, to jak czułem się, gdy stamtąd wyjeżdżałem, wszystko to dało mi kolejny powód do życia. Polecam :)




Zdjęcie główne: Robert Winter
Tekst:
Paweł Chałupa

Zobacz również

Korzystanie z witryny muno.pl oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies, z których niektóre mogą być już zapisane w folderze przeglądarki. Więcej informacji można znaleźć w Polityce cookies.